Uratowaliśmy psa w Hiszpanii. Nasza historia + fiszki

“Nie chcemy dzieci ani zwierząt.”

Tak mówiliśmy sobie z Manuelem (moim partnerem) od kiedy tylko się poznaliśmy i jeszcze wcześniej… aż do dnia 12 stycznia kiedy to poznaliśmy Lunę, dwu miesięczną suczkę (la perra) Jack Russell Terrier

Luna mieszkała w domu pełnym psów (los perros) (20-30), miała parę ran po ich pogryzieniach (las mordidas). Moja teściowa Chesca przyniosła ją do siebie, bo tego dnia miała ona zostać zaadoptowana (adoptar) przez miłą rodzinkę. Na chwilę przed spotkaniem dostała wiadomość: 

Nasza córka ma alergię na sierść. Nie możemy zabrać Luny. „

Myśl, że miałaby wrócić do swojego domu była dla nas nie do przyjęcia. Malutka, piękna, pełna życia… Spojrzałam na Manuela i powiedziałam „Może ją weźmiemy?” Po czym przystąpiliśmy do niedzielnego obiadu.

Kamila:  A co z naszymi podróżami? A te psie włosy (los pelos) na każdym ubraniu? A koszty? Przecież szczepienia (las vacunas), weterynarz (el veterinario), akcesoria (los accesorios), jedzenie (la comida)… to wszystko kosztuje.

Manuel: Jeśli naprawdę ją chcesz, obiecuję, że przestanę wydawać na gadżety, a pieniądze będziemy przeznaczać na suczkę.

Teściowa: Jak będziecie gdzieś wyjeżdżać, ja się nią zaopiekuje.  

Kamila: … ale nazywać się będzie Frida, po Fridzie Kahlo

Wracając do naszego mieszkania w rękach trzymałam zwinięty w kulkę kocyk a w środku przerażona Frida, to była jej pierwsza podróż autobusem. Kierowca pozwolił nam na przejazd ponieważ suczka była prawie niewidoczna. Tu, w Elche, zwierzęta do 10 kg powinny jeździć w transporterze (el transportín). (Bilet za osobę: 1,35€, zwierze (el animal) za darmo). 

Wstąpiliśmy do sklepu dla zwierząt i kupiliśmy wszystko co potrzebne: łóżko (la cama), zabawki (los juguetes), jedzenie, grzebień (el peine), obcinaczkę do paznokci (el cortador de uñas), podkłady (los empapadores), obrożę (el collar), uprząż (el arnés), smycz (la correa), dzwoneczek (la campanilla), szampon (el champú), ręcznik (la toalla)… 

hiszpański nauka książka e-book

Od początku mamy ustalone zasady, których sztywno się trzymamy. 

1. Frida ma swoje łóżko i tam śpi. Nie zmiękczą nas jej piski (los chillidos)

2. Nie je naszego jedzenia. A jeśli jemy coś, co może zjeść to w godzinach swojego posiłku dostanie je do swojej miseczki (el comedero)

3. Nie pozwalamy się szantażować szczekaniem (el ladrido), piskiem, jęczeniem (el gemido). Jak się uspokaja (calmarse), dostaje to czego chciała. 

4. Nie zaczepiamy ani nie bawimy się agresywnie. 

5. Nie każemy za złe zachowanie, tylko nagradzamy za dobre. 

6. Nie nazywamy się mamcią, tatuśkiem, ani niczym takim. Jesteśmy jej właścicielami (los dueños). (Wyjątek! Teściowa nazywa się babcią Fridy i jak mówi o całej rodzinie, to używa właśnie: mamcia, tatuś, wujek, dziadziuś.) 

7. Frida nie jest złym psem, to my nie umiemy jej wyszkolić (adiestrar)

Weterynarz (el veterinario)

W poniedziałek udało nam się umówić na wizytę u weterynarza już pod koniec tygodnia. Znajduje się na naszej ulicy, a więc lepiej się nie dało! Wtedy za 2€ dostaliśmy tabletkę na odrobaczenie (la desparasitación). 

Nigdy nie miałam psa w domu… a zwłaszcza szczeniaka (el cachorro). O mój boże! Gdybym ja wiedziała na co się piszemy. Nagle nie miałam życia, nie mogłam nawet iść się spokojnie wysikać. Frida chodziła za mną wszędzie. Skakała (saltar), gryzła (morder). Miałam ją na rękach (bo inaczej nie mogłam chodzić) nawet jak robiłam herbatę. Dziękowałam sobie, że zdecydowaliśmy się tylko na psa, a nie na dziecko.

Szybko stałam się jej ulubienicą i świata poza mną nie widziała. 

Mieliśmy również problem z toaletą. Jej toaletą (el baño). Bez kompletnych szczepień nie mogliśmy jej wyprowadzać (sacar) na trawkę. A więc próbowaliśmy, żeby załatwiała się na podkładach (los empapadores). Wtedy zaczęłam codziennie “ćwiczyć”, schylanie się, klękanie, sięganie, gonienie. Frida jest moją siłownią. Z drugiej strony, nie narzekam, mojej kondycji się to przyda.

Kolejna wizyta u weterynarza. Wtedy Fridzie założono książeczkę zdrowia (la cartilla) i dostała pierwszą szczepionkę (la vacuna).

Po paru dniach miałam problemy rodzinne i musiałam lecieć do Polski na prawie miesiąc. Nie mówiłam Wam o tym bo wtedy kompletnie nie miałam humoru na dzielenie się smutkami z całym światem. Wtedy Chesca zaoferowała swoją pomoc. Manuel pracuje codziennie całymi dniami. Szczeniak nie może zostawać sam. A więc w ciągu tygodnia to ona zajmowała się Fridą, a weekendami suczka wracała do naszego mieszkania. Jakoś tak wyszło, że do tego czasu nie kupiliśmy transportera. Na szczęście w mieszkaniu znalazł się jakiś po poprzednich właścicielach. Tak rozpoczęły się autobusowe podróże Fridy dwa razy w tygodniu. 

Kolejna wizyta u weterynarza. Kolejna szczepionka. Nasza suczka (la perrita) jest bardzo przyjazna więc nie ma z nią problemów w gabinecie.

Kiedy wróciłam po 25 dniach, Frida uznała że ją opuściłam i przestałam być jej ulubioną właścicielką.  Jednak nie miała innego wyboru jak polubić mnie od nowa ponieważ zostawałyśmy same na całe dnie (pracuję z domu).

Zaczynamy spacery

Wkrótce przyszedł czas na trzecią szczepionkę po której można już spacerować (pasear) z psem. Tego samego dnia wyruszyliśmy pociągiem do Alicante. To 30 min jazdy za 2,7€ za osobę. Pies na smyczy, najlepiej z kagańcem (el bozal), za darmo. Z plecakiem pełnym pieskiego wyposażenia: woda, zabawka, jedzenie, miseczka (el comedero – na jedzenie, el bebedero – na wodę), spędziliśmy z nią bardzo fajne popołudnie. Świetnie socjalizuje się z innymi zwierzętami i ludźmi. Nie boi się podróży.

Z psem teściowej bawi się jak z najlepszym kumplem. Boss ma 2 lata. Z kotem szwagra… hmm, Frida lubi jeść. A więc zawsze wyjada jedzenie, a to bardzo nie podoba się kotce Malvie. Żyją dosłownie jak pies z kotem, ale tylko dlatego że to Malva rzuca się na Fridę z pazurami (las uñas)

Od momentu, w którym mogliśmy zacząć ją wyprowadzać, na trawkę szliśmy ok. 5 razy dziennie. Manu przed pracą, ja przed południem, w porze sjesty idę z nią na min. godzinny spacer, żeby ją zmęczyć bo inaczej roznosi ją energia. A w porze sjesty dlatego, że wtedy jest spokój na ulicach, wszyscy szamają obiad. Wieczorem po jej kolacji, wyprowadzamy ją kolejny raz. Czasem się wypróżni (hacer la caca), czasem nie, ale jak już jej się uda to siada i patrzy na nas tak długo aż dostanie nagrodę (el premio). Cały ten trening skomplikował nam koronawirus. Od 20 marca możemy wychodzić z nią tylko na chwilkę.

Wkrótce Fridę czeka kolejna szczepionka, wyrobienie chipa i paszportu.

Fiszki

Mogłabym tak opowiadać i opowiadać, ale tu chodzi o to, aby przedstawić Wam słownictwo związane z psami. Starałam się umieścić w tekście jak najwięcej. Te i cała reszta znajduje się już na moim profilu w Quizlet.

W całej tej kwarantannie Manu założył Fridzie profil na Instagramie. Nie wiem jeszcze co z niego będzie, ani jak długo będzie aktywny, ale jeśli macie ochotę na czytanie wpisów po hiszpańsku, to zapraszam: La Frida The Dog


hiszpański nauka książka e-book

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.